Jestem entuzjastą idei timeline. Serio. Pewnie dlatego, że w ogóle lubię zaglądać w przeszłość, czerpać z niej doświadczenia i ładować baterie miłymi wspomnieniami. Tych niemiłych z reguły nie pamiętam, fuj. Mam mnóstwo pamiątek, biletów, starych dokumentów, a zdjęcia w albumach poukładane są chronologicznie. Albumy są takie same i stoją na półce. Nie na dysku twardym.
Mam gdzieś jeszcze bardzo prywatny (choć bez przesady) blog, który w epoce presocialmediowej był obok GG najpopularniejszym narzędziem do dzielenia się z przyjaciółmi swoimi myślami i przeżyciami. Mam go, ale już nie piszę. Zaglądam tylko czasami do archiwum i uśmiecham się pod nosem. Studia, prawo jazdy, poprzedni pracodawcy, koncerty, kobiety – to wszystko tam jest. I dziś już jest tylko moje. Ale jest.

Co takiego fantastycznego jest w timeline? Właśnie to. Możliwość chronologicznej archiwizacji myśli i przeżyć, które w każdej chwili mogą zostać przywołane i przeżyte na nowo. Możliwość decydowania o tym, kto będzie mógł te informacje zobaczyć (ze szczególnym uwzględnieniem „Tylko ja”). Możliwość oznaczenia dat, miejsc, opisów i zdjęć na przejrzystej dla mnie osi czasu. To, że facebook oprócz dotychczasowego „tu i teraz” daje mi szansę spojrzenia wstecz. Co będzie następnym krokiem? Przewidywanie przyszłości? Nie wiem. Cieszę się tylko tym, że znów poczułem, że ktoś dał mi narzędzie, z którego chciałbym korzystać.
Problem polega tylko na tym, że tych dwadzieścia parę lat mojego życia to naprawdę duży zbiór wydarzeń, które musiałbym wpisywać do „Wehikułu czasu” godzinami. Brakuje mi możliwości importu danych z serwisów zewnętrznych oraz synchronizacji z Picasaweb. Ale zwłaszcza na to drugie z oczywistych przyczyn nie mogę liczyć. Brakuje mi kilku funkcji, które z miejsca przychodzą mi do głowy, ale… O tym na pewno już myślą.
To oczywiście świetny ruch facebooka i wzmocnienie jego pozycji na rynku. Ci, których to wszystko nie wzruszy na pewno nie odejdą. Tych, którzy zaczną korzystać z nowych funkcji przywiążą one do facebooka już na… zawsze(?). I co w tym złego? Cały czas powtarzam, że obecność w social media nie jest obowiązkowa. Znam fantastycznych ludzi, którzy nadal nie rozumieją po co komu facebook i nie czuję, żeby brakowało nam tematów do rozmów. Bez tego da się żyć.
Prywatność? Nie boję się przekazywać facebookowi tych informacji. I co z tego, że ich serwer zobaczy moje zdjęcie? Co złego jest w tym, że dowie się kiedy skończyłem studia? Nie podaję mu przecież numeru swoich kart kredytowych, nie melduję się na końcu świata, kiedy mój dom stoi pusty, nie pokazuję tam zdjęć swojego syna ani innych informacji, które uznaję za intymne, wrażliwe, poufne. Czego więc mam się bać w czasach pinów, korporacji, CRM-ów. Skoro moje dane mają choćby Orlen i Plus GSM, którzy dzwonią do mnie z jakimiś absurdalnymi i irytującymi ofertami, nagrodami, programami lojalnościowymi, dlaczego mam się bać facebooka?